Gram na Planszy

Milionerzy i bankruci – recenzja

Opublikowany:
Przez: Bartek Cieślak

Milionerzy i bankruci to polskie wydanie gry High Society, która swoją premierę miała 20 lat temu. Czy tytuł ten, którego twórcą jest Reiner Knizia, wytrzymał próbę czasu?

Musze przyznać, że do Milionerów podchodziłem dosyć sceptycznie. Nie wiedziałem czego się spodziewać, a pierwszy kontakt z zawartością pudełka nie nastroił mnie optymistycznie. I nie chodzi mi o wydanie gry, bo już po otwarciu pudełka naszym oczom ukazuje się elegancka, czerwona wypraska idealnie pasująca do klimatu. Ten jest trochę pokerowy, a zatem wnętrze przypominające walizeczkę z żetonami jest jak najbardziej na miejscu. Zamiast żetonów zdobywać będziemy karty luksusowych dóbr – grafiki na nich mi specjalnie się nie spodobały, no ale to już kwestia gustu. Między kartami dóbr znajdziemy również karty szczęścia i pecha, które na koniec rozgrywki będą miały wpływ na nasz końcowy wynik. Walczyć o karty będziemy za pomocą pieniędzy, których na start każdy z graczy dostanie niebagatelną kwotę 106 milionów dolarów. Karty i pieniądze – to cała
zawartość pudełka. Wystarczy, żeby zapewnić zabawę i emocje?

Milionerzy i bankruci - całość

 

O dziwo – tak! Gra ma banalnie łatwe zasady, do nauczenia w minutę, a jak już wspominałem komponentów wiele w niej nie ma, ale dwa elementy zadecydowały, że tytuł ten daje radę. Ale o tym za chwilę. Najpierw od początku, czyli o co właściwie chodzi?

Każdy z graczy dostaje pieniądze, karty dóbr, szczęścia i pecha tasuje się wspólnie i układa z nich stos, z którego odkrywamy po jednej karcie, o którą w danej turze będzie toczyć się licytacja. Pierwszy gracz może postawić dowolną kwotę swoich pieniędzy lub uznać, że karta nie jest mu potrzebna i od razu spasować – nie będzie miał już wtedy możliwości powrotu do licytacji tej karty. Następnie kolejny gracz musi przebić ofertę rywala jeżeli chce brać udział w licytacji lub również może spasować. Walka o kartę toczy się do momentu, aż wszyscy poza jednym graczem spasują – ostatni staje się posiadaczem danego dobra, które na koniec gry zapewni mu tyle punktów, ile wskazuje karta. Walka o karty pecha toczy się zgoła inaczej – tę dostanie gracz, który jako pierwszy spasuje. Raz wyłożonych pieniędzy nie można już dostać z powrotem, nawet w formie rozmiany – jeżeli wyłożyliśmy 10 milionów i chcemy dołożyć, ale zostało nam tylko 25 milionów, to nie możemy położyć banknotu o nominale 25 i zabrać sobie tego z 10, raz wyłożona karta już do nas nie wróci. Jedynym odstępstwem od tej reguły jest licytacja o karty pecha: jeżeli już postawiliśmy jakieś pieniądze, ale ostatecznie to my jako pierwsi spasowaliśmy, to postawiona kwota wraca do nas, niestety razem z kartą pecha.

Wszystko brzmi prosto i banalnie, prawda? Gdyby to było już wszystko, to Milionerzy i bankruci byliby bardzo szybko nudzącą się grą, na co pan Knizia na szczęście nie pozwolił. To właśnie te dwa elementy, o których wspominałem, sprawiają, że gra będzie bardziej emocjonująca, niż może się na pierwszy rzut oka wydawać. Pierwsza sprawa to moment zakończenia gry: kończymy nie w momencie, kiedy skończy się nam stos kart do zdobycia, a wtedy, kiedy do rąk graczy trafi ostatnia, czwarta karta z czerwoną obwolutą. Dzięki temu nie wiemy dokładnie, jakie karty znajdą się w grze, a jakie zostaną nieodkryte, co całkiem skutecznie
uniemożliwia wcześniejsze planowanie o które karty będziemy walczyć. Ważniejszy i tak jest jednak drugi element: po zakończeniu gry, a jeszcze przed podliczeniem punktów, należy najpierw policzyć pozostałe pieniądze. Gracz (lub gracze w przypadku remisu), który na koniec posiada najmniej pieniędzy natychmiast przegrywa i nie jest brany pod uwagę przy liczeniu punktów – nawet jeśli miałby ich najwięcej. Te dwa drobne elementy sprawiają, że Milionerzy i bankruci to naprawdę pełna emocji, blefu i kombinowania gra licytacyjna, w której z jednej strony trzeba sięgać do kieszeni by zdobyć upragnione karty, a z drugiej pilnować każdego dolara, i to nie tylko swojego ale również rywali, żeby na koniec nie okazało się, że nasze wysiłki poszły na marne. W trakcie rozgrywki mamy więc sporo do przemyślenia i przekalkulowania: o co warto walczyć, ile jesteśmy w stanie postawić, może spróbować oszukać rywali i skłonić ich do walki o kartę, która nam wcale nie jest niezbędna, ile pieniędzy już wydali i ile musimy sobie zostawić, żeby czuć się bezpiecznie na koniec… Bardzo dużo rzeczy jak na tak wydawałoby się prostą grę.

Podsumowanie

Milionerzy i bankruci na pierwszy rzut oka mogą wydawać się banalne i mało ciekawe, ale wydawnictwo Fox Games podjęło dobrą decyzję o wydaniu tej gry w Polsce. Jest to tytuł prosty do nauczenia się, ale raczej niemożliwy do wymasterowania: tu nie ma miejsca na strategię i planowanie z góry, a raczej ciągłe przystosowywanie się do zaistniałych sytuacji, reagowanie na zagrania pozostałych graczy. Dzięki prostym zasadom możemy grać z dziećmi lub osobami zielonymi w temacie planszówek, z drugiej strony decyzje, które musimy podejmować sprawią, że doświadczeni gracze będą mogli toczyć ze sobą zacięte boje. Rozgrywka jest krótka i raczej nie powinna przekroczyć kwadransa, a niewielka ilość komponentów i potrzebnego miejsca sprawia, że spokojnie można zagrać w Milionerów w pociągu czy autokarze. Naprawdę warto mieć ją w kolekcji, nawet jeśli tylko do okazjonalnej gry.

Podstawowe informacje

  • Autor: Reiner Knizia
  • Ilustracje: Mateusz Bielski
  • Wydawnictwo: Fox Games
  • Liczba graczy: 3-5
  • Wiek graczy: 10+
  • Czas gry: 20 minut
  • Cena: ok. 40 zł

Plusy

  • bardzo proste zasady
  • dla każdego
  • wymaga trochę kombinowania, kalkulowania, blefu
  • najbiedniejszy gracz odpada przed punktacją końcową
  • można pograć w podróży

Minusy

  • oprawa graficzna
  • warto starać się zapamiętać wydatki rywali, ale i tak nic z tego nie wychodzi :)

 

Dziękujemy wydawnictwu Fox Games za przekazanie egzemplarza gry do recenzji.

Logo FoxGames 2013 color