Gram na Planszy

Ten pierwszy raz z nową grą

Opublikowany:
Przez: Bartek Cieślak

Pierwszy kontakt z nową grą planszową to niezwykła mieszanina ekscytacji z irytacją i czasami naprawdę mam problem by ocenić, która z tych dwóch skrajnych emocji wysuwa się na pierwszy plan.


Kupno i wyjmowanie z pudełka nowego nabytku chyba dla każdego jest TYM momentem. Zabawa nowym telefonem, przeglądanie nowej książki, instalacja i włączanie nowej gry. Przez wiele lat to gry komputerowe miały u mnie pierwszeństwo i to z nimi przeżywałem te pierwsze chwile, ale może jedynie edycje kolekcjonerskie niektórych tytułów były w stanie wzbudzić emocje porównywalne do otwierania nowej gry planszowej. Gry elektroniczne mają to do siebie, że popatrzymy na pudełko, grafikę na płycie, po czym wkładamy ją do czytnika i gramy. Jasne, obcowanie z nową grą, poznawanie i uczenie się jej to czysta przyjemność, podobnie jak podziwianie efektów graficznych i zastanawianie się, ile jeszcze rezerwy zostało w naszej zasłużonej karcie graficznej czy konsoli, wszystko to jednak ma wg mnie dosyć jednowymiarowy wydźwięk: po latach, a raczej nawet miesiącach, nie jestem w stanie sobie przypomnieć jakiejś konkretnej gry, konkretnego momentu z nią związanego czy momentu „wow”, kiedy przeżywaliśmy nasz pierwszy raz. Ten sam rozmiar pudełek, ta sama płyta, ta sama instalacja… Wszystko fajnie, ale brak elementu zaskoczenia sprawia, ze wszystko zlewa się w jedno.

Gry planszowe to inna bajka. Od początku często nie wiemy nic, nawet rozmiar pudełka może nas zaskoczyć. Skoro to czytacie, to na pewno kojarzycie pierwsze spotkanie z nowym tytułem: bierzemy w ręce pudło, które nie raz zaskakuje nas również swoim ciężarem. Szybko zdejmujemy folie nie mogąc doczekać się przejrzenia zawartości, jednak w momencie otwierania pudełka na chwilę zatrzymujemy się, bierzemy głęboki wdech i dopiero tak przygotowani kontynuujemy proces zdejmowania wieka. Pierwszy widok zwykle nie jest powalający, gdyż na górze czeka na nas albo instrukcja, albo plansza, niekoniecznie kolorową częścią zwrócona w naszą stronę. Dopiero pod nimi kryją się wszystkie mniejsze i większe elementy, które razem stworzą tytuł, na który czekaliśmy: karty, kostki, znaczniki, drewienka, pionki, figurki, plansze… Zanim jednak z tego nietypowego puzzla stworzymy obraz, na jaki wszystkie te części się składają, to każdy z nich obejrzymy, weźmiemy do ręki sprawdzając fakturę, ciężar i wiele innych czynników, na które później rzadko już zwracamy uwagę. Ale nie wtedy, nie za pierwszym razem.

robinson-8

Instrukcja wzbudza moje mieszane uczucia. Z jednej strony obcowanie z nią po raz pierwszy to podroż do wnętrza duszy naszej gry, poznanie jej wszystkich sekretów występujących pod postacią mechanik i zasad. Z drugiej jednak strony jest barierą stojąca pomiędzy nami, a naszym nowym nabytkiem: to nie jest gra komputerowa którą odpalamy i albo wiemy jak grać, albo tutorial czy inny samouczek szybko nas w nią wprowadzi. Niekiedy musimy pokonać kilkanaście czy nawet kilkadziesiąt stron tylko po to, żeby albo przeczytać całość ponownie, albo pierwszą rozgrywkę spędzić ślęcząc z nosem w instrukcji, co sprawia, ze po pierwszej, trwającej trzy razy dłużej niż podano na pudełku, grze nie wiemy, czy będziemy mieli siłę w najbliższym czasie ponownie spróbować (Zimna Wojna czy Mage Knight to idealne tego przykłady: trzy podejścia do samej instrukcji, zanim odważyłem się zacząć grę).

zdjęcie

Pierwsza rozgrywka w nowy tytuł to również wielka niewiadoma (przynajmniej do czasu przeczytania instrukcji), zwykle to jednak mieszanina podekscytowania ze względu na ten pierwszy raz z niepewnością, czy wszystko na pewno dobrze robimy i zaglądaniem do instrukcji w celu rozwiania wszelkich wątpliwości, a takie na pewno się nasuną. Stosunek przerywany jak nic.

No wiec jak to ostatecznie wygląda? Odpakowanie gry i pierwszy kontakt ze wszystkimi jej elementami, pierwsze rozłożenie na stole, a następnie podziwianie efektu niewątpliwie jest dużym plusem i obiema rękami emocje temu towarzyszące zapisuję po stronie ekscytacji – nawet w przypadkach, kiedy pierwsze rozłożenie gry trwa sporo ponad pół godziny, jak chociażby moje pierwsze starcia z Robinsonem czy Mage Knightem. Nawet nietypowe rozłożenie gry, jak chociażby koliste ułożenie kart w Innowacjach miało w sobie to coś :)

Przydział instrukcji pod odpowiednią kategorię przeprowadzić trzeba chyba indywidualnie dla każdej gry biorąc pod uwagę jej wielkość oraz stopień skomplikowania przekazywanych przez nią informacji, jak również jasny (lub wręcz przeciwnie) sposób ich przekazywania.

Sama rozgrywka, biorąc pod uwagę, że naprawdę jest to nasza pierwsza gra w dany tytuł, to głównie festiwal pytań, na które odpowiedzi szukać musimy w instrukcji, co momentami przypomina szukanie igły w stogu siana. Sytuację ratują trochę momenty pt. „Ale fajnie to wymyślili” lub „pierwszy raz coś takiego widzę, czad!”, ale są to zwykle przebłyski słońca w deszczowy dzień. Są gry, jak ostatnio grane przez nas List miłosny, Łap psiaka czy Metropolia, do których siada się i gra, a instrukcję czyta się raz, ale większe gry mają z zasady więcej zasad, które siłą rzeczy wymuszają większe instrukcje, a te często powodują większy zawrót głowy :)

zdjęcie (1)

Wychodzi na to, że bawienie się komponentami nowej gry planszowej jest uczuciem wyjątkowym, dzięki któremu w pewnym stopniu znowu jesteśmy dziećmi czerpiącymi radość ze swoich zabawek, jednak kiedy przychodzi pora połączyć je w naszą grę i rozegrać pierwszą partię magia często mija, a na jej miejscu pojawia się ciężka praca, a czysta radość płynąca z rozgrywki na pierwszy plan wybija się dopiero po kilku grach, kiedy (wreszcie!) wszystkie zasady mamy w małym palcu. Ale może właśnie w tym tkwi fenomen naszego hobby? :)