Gram na Planszy

Święta pod znakiem Dixita

Opublikowany:
Przez: Bartek Cieślak

Święta to czas spotkań rodzinnych. A z rodziną zwykle najlepiej wychodzi się na zdjęciu :) Każdy przypadek trzeba rozstrzygać indywidualnie, tak czy inaczej my postanowiliśmy rozruszać ciągle ten sam scenariusz takich spotkań za pomocą gier z naszej kolekcji. Jak nam poszło?

Boże Narodzenie 2014

Naszą pierwszą wspólną Gwiazdkę spędziliśmy w rodzinnych stronach Magdy. Na mniej więcej tygodniowy wyjazd zabraliśmy w trzech pudełkach po grach około dwunastu tytułów, w które zamierzaliśmy grać głównie z młodszym bratem Madzi, ale pokładaliśmy również cichą nadzieję w jej rodzicach i mojej mamie. W końcu ile można gadać czy oglądać telewizyjne głupoty na takim rodzinnym spędzie? Lepiej wyjąć planszówę na stół i namówić jak największą ilość osób.

Któregoś wieczoru udało się namówić prawie wszystkich na grę – najłatwiej było spróbować z Dixitem i to od niego zaczęliśmy. W zasadzie to od kart z Tajemniczego Domostwa które wykorzystaliśmy w rozgrywce w Dixita. Efekt? Ponad dwugodzinna gra pełna śmiechów i żartów. Przez kolejne trzy dni każdy wieczór zarezerwowany był na rodzinną rozgrywkę i nawet oporna z początku mama Magdy dała się namówić i bawiła się równie dobrze jak my wszyscy.

Na stole pojawiały się Tajemnicze Domostwo, Pictomania z nieco zmodyfikowanymi regułami, rysowane Tabu, jednak to Dixit był grą do której każdy chciał wracać i przy której wszyscy najlepiej się bawili. Nasze rodziny, wcześniej nieco sceptycznie nastawione do gier, zostały nawrócone :)

zdjęcie 2 (4)

Wielkanoc 2015

Tym razem święta spędzone w Warszawie. Miejsce rodziców i młodszego brata Magdy zajął mój starszy brat z żoną i 16-letnią córką. Nigdy razem w nic nie graliśmy, tak więc i tym razem Dixit wyjęty na stół wzbudził może nie pomruk niezadowolenia, ale dużo mówiącą obojętność, po której na pytanie „gramy?” padły wytłumaczenia „nie lubię gier” i „nie gram bo zawsze przegrywam”. Udało się jednak namówić świeżaków – pod warunkiem, że stworzą wspólną drużynę. Półtorej godziny później przyszła pora na obiad, więc zakończyliśmy rozgrywkę, przy czym tym razem pojawiły się głosy pt. „po obiedzie gramy, ale tym razem każdy będzie sam!”. Nagła zmiana nastawienia :)

Po obiedzie faktycznie graliśmy: od 17 do 20! 3 godziny w 6 osób, ostatecznie wygrała Magda z wynikiem… 123 punktów! :) Trzeba przyznać, że pod koniec było to już męczące, ale głosów sprzeciwu jakoś nie było – skończyliśmy dopiero jak ktoś dotarł do końca czwartego okrążenia.

Przekrój osób grających z nami przez te dwie okazje był niezwykły: od 13-latka i 16-latki po osoby w wieku 40-50 lat aż po górną granicę 65+. Wszyscy się świetnie bawili, dla większości wynik był kwestią drugorzędną, a czas spędzony wspólnie ale jednak osobno, czyli każdy z nosem w telefonie albo przed telewizorem zamienił się w faktycznie WSPÓLNĄ zabawę. Choćby za to planszówkom wielkie dzięki :)

Ciężko byłoby osiągnąć to bez Dixita. Jest wiele gier nadających się na rodzinne spotkania, jednak wiele z nich ma próg wejścia, który nawet minimalny może okazać się nie do przejścia dla osób wcześniej niewiele z planszówkami mającymi do czynienia. Tekst na kartach? Nie chce mi się czytać. Blef? To nie dla mnie. Kalambury? Nie znam się na pokazywaniu haseł. Ale to są mówione kalambury! To jeszcze gorzej, wstydzę się/nie lubię gadać. I tak dalej. Dixit opiera się każdemu argumentowi. Nie trzeba czytać, liczyć, planować, wykazywać się wyobraźnią czy popisywać zdolnościami. Mamy tylko obrazki i nasze skojarzenia. NASZE. I nawet jak kiepsko je przekazujemy albo nikt ich nie rozumie, a odgadywanie innych też nam nie wychodzi, to i tak dzięki zmyślnej mechanice możemy zdobywać punkty. Które w końcowym rozrachunku i tak niewiele mają wspólnego z zabawą, bo tą dostarcza sama rozgrywka. Dixit na takie spotkania i dla takich osób jest niezastąpiony i potwierdził to po raz kolejny. I to na ciężkim terenie, jakim są spotkania rodzinne. I wyszedł z nich zwycięsko. Przez nokaut w drugiej rundzie.