Gram na Planszy

La Granja w sobotni wieczór – raport z rozgrywki

Opublikowany:
Przez: Krzysztof Kowalczyk

Lubimy z żoną sięgać na półkę po grę La Granja. Gdy mamy wolną godzinę i szukamy gry, która zapewni nam wymagającą intelektualnie rozrywkę, La Granja to jeden z najlepszych wyborów, jakich możemy dokonać.

Zasiedliśmy do niej w sobotę wczesnym wieczorem w dwuosobowym gronie. Zapraszam do przeczytania krótkiej relacji z tej partii. Nie opowiadam w niej o żadnych spektakularnych zagraniach, pobitych rekordach. To była zwyczajna sobotnia rozgrywka jakich wiele, a mimo to kolejny raz potwierdziła, jak sympatyczną i ciekawą grą jest La Granja.

Jeśli nie znacie La Granhy, zapraszam do zapoznania się z jej recenzją, którą przygotowałem parę miesięcy temu. Wyrażałem się w niej ciepło o tej grze i dopowiem, że moje odczucia się nie zmieniły.

Przygotowanie i pierwsza runda

Grę przygotowuje się szybko. Wyciągamy z pudełka parę plansz, wysypujemy elementy z kilku woreczków strunowych, rozkładamy trochę pionków oraz płytek. Każdy z graczy dostaje 4 karty i zaczyna się rozgrywka.

Zaczynamy od wysokiego C: pierwsza czynność w grze, to wybór 2 kart do zagrania. Każdą możemy zagrać na 4 sposoby. Osobiście w pierwszej rundzie najczęściej stawiam na pola, dzięki czemu za chwilę otrzymuję pierwsze dwa plony. Tym razem, jednak, wybrałem tylko jedno pole (oliwek), a do tego pomocnika – Olejarza. Spodobało mi się w nim to, że pozwala zagrać wiele nowych kart. A do tej pory w żadnej partii nie byłem w stanie zagrać tylu kart, ile bym chciał.

Turlane w drugiej fazie kości przyniosły mi: świnie, pieniądze i siestę. Nie miałem zbyt wiele do dostarczania, stąd wybór padł na kafelek z jednym osiołkiem, który dzięki kapeluszom siesty, pozwolił mi zachować znacznik rozpoczynającego. Oliwkę z pola wykorzystałem do dobudowania rozszerzenia gospodarstwa. Koniec końców do budynków rzemieślniczych dostarczyłem jakieś fistaszki.

Moja plansza po pierwszej rundzie. Grałem czerwonymi.

Moja plansza po pierwszej rundzie. Grałem czerwonymi.

Beata poszła w innym kierunku. Zatrudniła Woźnicę, dzięki któremu zapewniła sobie srebro na wykonywanie dodatkowych dostaw. Wykonanie jak największej liczby dostaw, to obok zagrania jak największej liczby kart drugie zagadnienie, które zawsze najmocniej nas absorbuje w La Gransze.

Plansza Beaty

Plansza Beaty

Żona zagrała też wózek i wypełniła go w połowie. I tyle udało nam się zrobić w pierwszej rundzie. Jak zwykle: zdecydowanie mniej, niż by się chciało.

Środkowa faza gry

Przed nami było jednak jeszcze 5 rund. Po kolejnej moje gospodarstwo wyglądało już zdecydowanie dostatniej: 3 pola, 2 rozszerzenia oraz zdobyta premia rzemieślnicza, dająca mi 2 punkty za każdy następny bonus tego rodzaju. Do tego pracownik rolny, dzięki któremu przestałem martwić się o pieniądze.

Beata w tym samym czasie zaorała parę pól, dokończyła swój pierwszy wózek i zdobyła tę samą premię, co ja. Na swoje szczęście, ja zrobiłem to pierwszy, za co zainkasowałem dodatkowe 2 punkty zwycięstwa.

Na początku trzeciej rundy, w fazie zagrywania karty, moja małżonka stanęła przed następującym wyborem:

La granja - wybór

Na co wy byście postawili? Możliwości jest mnóstwo! Czwarte pole, drugie rozszerzenie, wózek czy któryś z pomocników? Beata wybrała zagranie Dostawcy, czyli dodatkową dostawę do budynku rzemieślniczego po załadunku na wózek. Jak widać, kwestia wykonania jak największej liczby dostaw była wciąż na pierwszym planie. Do tego, zauważmy, musiała liczyć na to, że na kostkach wypadnie co najmniej jedna dwójka, by udało się jej jak najszybciej zagrać jakiś wózek.

Dwójka wypadła, wózek został zagrany i gra zaczęła się Beacie rozkręcać. Ja też nie narzekałem. Olejarz sprawiał, że kart miałem sporo – do tego stopnia, że na kostkach bardziej liczyłem na trójki (plony), jedynki (świnie) lub szóstki (dostawy). Zdobyłem kolejny bonus rzemieślniczy (ten z plonami).

038

W kolejnych rundach oboje załadowaliśmy kilka wózków. Dzięki szczęśliwemu układowi kolejności (a może jednak dzięki przyjętej strategii?), po piątej rundzie osiągnąłem znaczną przewagę na rynku. Dla porównania: sytuacja na nim dwie rundy wcześniej.

Ostatnia runda i zakończenie

Przystępując do ostatniej rundy czułem, że wygrywam. Z gry dość wyraźnie wynikało, że idzie mi trochę lepiej. Czy psuło to jednak rozgrywkę mi lub Beacie? Na pewno nie więcej niż odrobinę, bo w La Gransze mierzysz się nie tylko z przeciwnikiem, ale i z machiną samej gry.

Do końca starasz się wycisnąć jak najwięcej punktów i, nawet jeśli przegrywasz, dużo radości daje ci zoptymalizowanie ostatniej rundy, w której zwykle wykonuje się najwięcej dostaw i zgarnia najwięcej punktów. Jeśli na sam koniec, dzięki dostawom z kart lub kostek, uda ci się wyekspediować jeszcze jeden niespodziewany, choćby najmniejszy wózek, to kończysz rozgrywkę z fantastycznym poczuciem dobrze rozgryzionej łamigłówki.

Żółci na koniec gry

Żółci na koniec gry

Nie inaczej było w tej grze. Na rynku zrobiło się tłoczniej, ale pozostałe mi po rozgrywce 3 skrzynki (otrzymywane za zapełnienie wózków) dały mi do myślenia. Bardzo możliwe, że osiągnąłbym lepszy wynik, gdybym zapewnił sobie możliwość wykonania większej liczby dostaw.
Beata swoje wnioski zachowała dla siebie, prawdopodobnie planując wcielić je w życie w kolejnej partii, w której będzie chciała zrewanżować się za porażkę 68 do 78.

Pozytywne wrażenia po grze

Lubimy La Granhę. Za to, że 4 losowe karty, z którymi zaczynamy, pozwalają każdą kolejną partię zacząć inaczej od poprzedniej.

Za to, że każda mała rzecz ma znaczenie. Wybór odpowiedniego kafla z osiołkami, dachu czy kości, nie mówiąc o kartach i sposobie ich zagrania – wszystko po chwili może się dla nas okazać małym błogosławieństwem bądź przekleństwem.

Wreszcie: lubimy La Granhę za to, że łamigłówki, które przed nami stawia (ile produkować, a ile i gdzie dostarczać) są wymagające, ale nie na tyle, byśmy rozpoczynając sobotni wieczór grą planszową, nabawili się na starcie bólu głowy.

78 punktów Czerwonych

78 punktów czerwonych