Gram na Planszy

Top 5 Gier Tygodnia według Gram na Planszy – odcinek #5

Opublikowany:
Przez: Bartek Cieślak

Z małym poślizgiem zapraszamy na kolejne podsumowanie, czyli najlepsze – lub warte wspomnienia – gry, w które udało nam się zagrać w minionym tygodniu. Znajdziecie w nim 4-godzinną rozgrywkę, trochę zmagań solo, prawie zapomnianą już grę Ignacego Trzewiczka, a także nowość w naszej kolekcji, która spełniła z nawiązką oczekiwania w niej pokładane.

Food Chain Magnate

/Krzysiek

Raz na jakiś czas nachodzi mnie ochota na grę w długi, wielogodzinny tytuł. Na co dzień jestem fanem gier, w których jedna rozgrywka trwa maksymalnie 2 godziny. Lubię gry ciężkie, złożone, mózgożerne – jednak wolę, gdy żrą mi ten mózg intensywnie, lecz nie przesadnie długo.

Food Chain Magnate to gra ekonomiczna z wagi superciężkiej. Według ankiety na BoardGameGeek waga gry to 4.2 w skali od 1 do 5. Wyższą wśród gier strategicznych, którym można też przypiąć etykietkę ekonomicznych, ma tylko Cywilizacja: Poprzez Wieki – 4.3.

Zagrałem i potwierdzam – czacha dymi!

W grze rozwijamy biznes w branży gastronomicznej. Zatrudniamy pracowników, np. kuchcika, kelnerkę, menedżera-stażystę. Dbamy o ich rozwój, dzięki czemu kuchcik może zostać szefem kuchni, a stażysta – z czasem nawet wiceprezesem.

Gra toczy się na modularnej planszy, przedstawiającej dzielnicę miasta z drogami, domami i miejscami pod zabudowę. Umieszczamy na niej swoje restauracje, kreujemy popyt na dostarczane posiłki i napoje przy pomocy akcji marketingowych i ścigamy się ze współgraczami, kto najefektywniej ten popyt zaspokoi.

Gra jest pomysłowa. Stwarza warunki, w których graczy pochłania zaciekła rywalizacja i choć główne reguły pozostają niezmienne przez całą partię, sytuacja na planszy z rundy na rundę może zmienić się diametralnie. Choć jeszcze przed chwilą byłeś królem lemoniady i zasilałeś tym napojem wszystkie domy w okolicy, już za chwilę idziesz z torbami, bo teraz ludzie chcą piwa i pizzy. Co bardzo fajne, zmiany te generowane są przez działania graczy, a nie arbitralnie przez samą grę.

I choć doceniam klasę gry i chętnie w nią zagram ponownie, dwie rzeczy studzą mój zapał.

Po pierwsze: długi czas gry (partia w 4 osoby, z tłumaczeniem reguł, zajęła 4 godziny).

Po drugie, na ile mogę wyrazić swoją opinię już po pierwszej rozgrywce: jak mnóstwo innych długich gier Food Chain Magnate zapewnia dobrą zabawę przez całą partię tylko tym osobom, którym dobrze idzie. Słabsi z graczy, o ile partia nie jest wybitnie wyrównana, już w połowie mają dużo mniej decyzji do podjęcia, dużo mniej środków, by w grze coś jeszcze zrobić, a pogoń za liderami dodatkowo utrudnianą, zamiast ułatwianą. Tracą mnóstwo czasu czekając, aż ci lepsi wykonają swoje ruchy.

Dlatego ja, przynajmniej na jakiś czas, wracam do strategii unikania – nie tyle Food Chain Magnate, który naprawdę zachwycił mnie swoją symulacją rynku gastronomicznego – co ultradługich gier w ogóle.

Wojna narodów

/Bartek

Wojna narodów to jedna z nielicznych gier, w którą więcej razy grałem sam niż z kimś. Wariant solo, opisywany już przeze mnie w tym filmiku, bardzo udanie imituje grę z przeciwnikiem, zmusza do reagowania na ciągle zmieniającą się sytuację na stole, a także do podejmowania ciężkich decyzji. I jest po prostu cholernie wciągający :)

Jedynym minusem jest jego spora losowość, zdecydowanie większa niż w grze w kilka osób, ponieważ gracz wirtualny w jednej rundzie może mieć minimalną siłę militarną, żeby w kolejnej już zaatakować mając tyle, że zdobycie przez niego karty wojny może się źle skończyć. Ponadto tylko on potrafi w jednej chwili zabrać nam całą kolumnę kart, co nieźle potrafi popsuć szyki.

Ja na szczęście uwielbiam walkę z takimi przeciwnościami losu i co prawda tym razem udało mi się zdobyć zaledwie 36 punktów, co było moim najgorszym do tej pory wynikiem (najlepszy przekroczył 50 punktów), to jednak i tak bawiłem się jak zwykle wyśmienicie. Zabrakło mi nieco szczęścia – mało kart budynków, mało architektów, czasem pechowe rzuty kostką – ale dzięki temu gra jest nieprzewidywalna, a każda rozgrywka inna. Mi to wystarczy, żeby często sięgać po ten tytuł, tak w wersji solo, jak i z innymi ludźmi przy stole ;)

Pret-a-porter

/Krzysiek

pret 2Gra, w której wcielamy się w role kreatorów mody. Przygotowujemy projekty strojów (ale tylko damskich i dziecięcych – jawna dyskryminacja!), ;) zdobywamy materiały do ich produkcji, wreszcie wystawiamy na pokazach mody, sprzedając potem intratnie.

Rzadko proponuję ten tytuł, ale chętnie gram, gdy żona sama wyrazi ochotę, bo choć wielkiego uznania w kraju i na świecie nie zdobył, to działa zupełnie dobrze i dostarcza fajnej rozrywki w zupełnie innym klimacie niż te serwowane zwykle przez planszówki. Bo czy znacie jakąś inną, w której chodziłoby o szycie ubrań, a zatrudniało nie żołnierzy czy magów, lecz… modelki?

Jak przystało na grę ekonomiczną, początki są trudne i trzeba liczyć się z każdym zainwestowanym groszem. Jeśli jednak uda się nam wystartować z kolekcją złożoną z choć 2 strojów, a do tego odpowiadającą gustom krytyków na pokazie, to dalej powinno być już łatwiej i całą grę zakończymy usatysfakcjonowani zebraniem całkiem niezłej gotówki.

W zeszłym tygodniu miałem szczęście brać udział w wyjątkowo wyrównanej rozgrywce. Na początku postawiłem na cięcie kosztów (zatrudnienie księgowego) oraz dopływ projektów (dzięki pracownikom i budynkom w każdej turze dociągałem po kilka losowych). Przeciwniczka zaś szybko pozyskała modelki, budynki i kontakty podnoszące punktowane cechy kolekcji oraz zapewniające zatrzymywanie korzyści (gwiazdek) z dawnych pokazów.

Choć graliśmy więc różnymi strategiami, dającymi odmienne efekty (moje kolekcje były zwykle większe, za to nie zbierały aż takiego uznania na pokazach), to końcowy wynik wyniósł 278 do 274, wskazując na niezwykle wyrównaną walkę.

Alchemicy

/Krzysiek

alchemicy 1Jeszcze bardziej zacięty pojedynek niż w Pret-a-porter stoczyłem ostatnio w Alchemików.

W tej grze, do której bez smartfona nie podchodź, rozwiązujemy zagadkę logiczną, próbując ustalić czy w takiej przykładowej żabie więcej jest plusów czy minusów oraz w jakich występują kolorach.

Gra dostarcza nam kart reprezentujących składniki magicznych eliksirów, my łączymy je w pary i prezentujemy smartfonowi, a on udziela informacji zwrotnej, co takiego udało nam się uwarzyć.

Po wykonaniu tuzina lub dwóch takich testów wiemy już co nieco o naturze mandragory czy kruczego pióra, po czym… orientujemy się, że jest już za późno, by cokolwiek sensownego zrobić z tą wiedzą. Bo Alchemicy to świetna gra, w której nie zapomniano ograniczyć ruchów graczy i liczby rund do tak małej liczby, by całość stanowiła niemałe wyzwanie i dla intelektu, i dla sprytu graczy.

Decyzje w grze podejmujemy więc zwykle w oparciu o niepełną wiedzę. Ryzykujemy, przepychamy się, podważamy kompetencje współgraczy – wszystko w oprawie świetnych ilustracji i adekwatnym klimacie.

Od gry potrafi rozboleć głowa (oj, trzeba tu czasem nieźle pomyśleć), a po grze… zęby. Od zgrzytania – tak jak mnie ostatnio, gdy po podliczeniu wszystkich punktów okazało się, że wynik brzmi 49 do 49 i o mojej porażce zadecydowała jedna, jedyna złota moneta więcej u małżonki.

Co zadecydowało o takim wyniku? Przez większość gry miałem opublikowane więcej teorii, przeciwniczka zaś stawiała bardziej na sprzedaż mikstur i zakup artefaktów. Gdybym jeszcze w ostatniej rundzie sprzątnął jej sprzed nosa Magiczne Zwierciadło – wygrałbym! Była jednak czujna.

W przyszłości planuję trochę mniej uwagi poświęcić na działalność naukową, a więcej na prozaiczne nabijanie kasy, bo Alchemicy to podstępna (czytaj: dopracowana) gra i łatwo udowadnia mi raz za razem, że wcale nie chodzi w niej o to, o co mi się wydaje, że chodzi (a w każdym razie – nie tylko).

Viticulture: Essential Edition

/Bartek

Do kupna Viticulture zabierałem się długo, głównie dlatego że czekam na dostawę Vinhos i nie byłem przekonany, czy potrzebuję dwie gry o robieniu wina, którego zresztą nie pijam :) Jednak dobre noty i możliwość wymiany skłoniły mnie w końcu, żeby dołączyć grę do swojej kolekcji. Ważny był dla mnie również podobno dobry tryb solo, ponieważ ostatnio głównie tak gram.

W minionym tygodniu udało mi się zagrać raz samemu i raz w dwuosobowym gronie. Gra jest fantastycznie wydana, a mechanika… jest niezwykle „czysta”. Nie umiem tego dokładnie określić, ale przy obu rozgrywkach właśnie takie wrażenie mi towarzyszyło.

Bałem się, że ciasna plansza w grze 1-2 osobowej będzie frustrująca, ale gra została tak pomyślana, że nawet przez chwilę nie narzekałem na ograniczone możliwości. Tych jest, dzięki kartom i różnym budynkom, które możemy stworzyć, momentami aż za dużo!

W Viticulture ścigamy się do momentu, aż któryś z graczy zdobędzie 20 punktów. Kończymy wtedy bieżący rok i osoba z większą ilością punktów wygrywa. Grając z Madzią postawiliśmy na różne taktyki: ja tworzyłem wina na potęgę, żeby pchnąć je w świat, natomiast Madzia od czasu do czasu zrobiła jakieś wino, a poza tym ciułała punkty dzięki kartom gości w swojej winnicy. Jako pierwsza przekroczyła 20 punktów, jednak rok trzeba było dograć do końca i to mi, dzięki ostatniej dostawie, udało się wygrać 22:21!

I w tym tkwi piękno tej gry: punkty możemy zdobywać na wiele sposobów, można przyjąć najróżniejsze taktyki i za każdym razem nieco inaczej grać. Już nie mogę doczekać się kolejnych partii!