Gram na Planszy

Top 5 Gier Tygodnia według Gram na Planszy – odcinek #8

Opublikowany:
Przez: Bartek Cieślak

My jako młoda para skupiliśmy się w tym tygodniu na winie i zabytkach, ale Krzysiek też był w typowo wakacyjnym nastroju i postanowił wyjechać do Santiago na agroturystykę, gdzie m.in. poszedł na grzyby. Kolejny pracowity tydzień w redakcji Gram na planszy :)

Santiago

/Krzysiek

Santiago to prosta gra licytacyjno-kafelkowa, która idealnie wpasowuje się w klimat upalnego lata.

Zagrałem dwie partie w 3 osoby. W takim składzie rozgrywka trwa 11 rund. W każdej odbywa się licytacja o 4 kafle plantacji 5 rodzajów: bananów, kokosów, arbuzów oraz bodajże papryki i jagód. Następnie gracze układają je na wspólnej planszy, starając się tworzyć jak największe jednorodne obszary z jak największą liczbą własnych robotników, dbając przy okazji o to, by doprowadzić do nich wodę, płynącą kanałami melioracyjnymi pomiędzy kaflami.

Gram na Planszy recenzowało ten tytuł, więc kto chciałby dowiedzieć się więcej – zapraszam do klikania. Ja tymczasem dodam od siebie, że generalnie gra to nic trudnego. Można by grać w nią z dzieciakami z pierwszych klas szkolnych. Ale można i z dorosłymi, nawet takimi nastawionymi na dość poważną, zaangażowaną walkę o zwycięstwo.

Santiago wymaga stałego przeliczania korzyści z wykonania ruchu na punkty oraz szacowania kosztu, jaki opłaca się w tym celu ponieść – wszak co ruch licytujemy plantacje lub możemy opłacić ich nawodnienie. Jak każda gra licytacyjna zyskuje w odpowiednim towarzystwie – czyli takim, w którym gracze nie odpuszczają łatwo i chętnie oferują duże sumy, byle przelicytować rywala. Ja miałem szczęście grać w takim gronie. Nawet oferując niedorzecznie dużo escudos (waluta w grze), nigdy nie byłem pewien, że reszta nie rzuci jeszcze więcej.

W obu partiach wyniki graczy były bardzo zbliżone do siebie – może dlatego, że gra ma parę fajnych rozwiązań sprzyjających wyrównywaniu szans? To i jej lekki charakter, a także dopasowanie tematyki do upalnego lata powoduje, że chętnie pograłbym w nią więcej w najbliższym czasie. Podobno pełnię swoich możliwości pokazuje dopiero przy 4, a zwłaszcza 5 osobach przy stole.

Na grzyby

/Krzysiek

W tegorocznych Mistrzostwach Polski w Królestwo w Budowie, organizowanych przez wydawnictwo Rebel.pl, Na Grzyby to jedna z trzech gier, którą mogą otrzymać zwycięzcy turniejów eliminacyjnych. Sam startowałem 3 razy i z tego co widziałem, osoby zajmujące pierwsze i drugie miejsce nigdy jej nie wybierają, decydując się na Łowców Skarbów lub Szaloną Misję. Pewnie dlatego, że wymiarowo jest najmniejsza, a także kosztuje najmniej i kojarzy się ze starymi grami w zbieranie grzybów, w których rola gracza ograniczała się do turlania kostki.

Tymczasem, jak przekonałem się w zeszłym tygodniu, grając w Na Grzyby pierwszy raz, to naprawdę fajna gra. Jak dla mnie – najlepsza z całej trójki!

Przypomina mi Jaipur. Talia kart, zamiast towarów i wielbłądów, zawiera różnego rodzaju grzyby, które przy pomocy patelni (także znajdujących się na kartach) i najchętniej wraz z masłem i cydrem zamieniamy w potrawy – a tak naprawdę w punkty zwycięstwa. Runda gracza to proste pozyskanie lub zagranie kart, jednak na tyle skomplikowane dodatkowymi opcjami (wziąć karty z lasu czy z kompostownika? zbierać zestawy, by zamienić go na punkty, czy sprzedać wcześniej za pożyteczne patyki? wziąć księżyc i zdać się na los, czy brać to co widać?), że zwykle trzeba podjąć jakiś mniej lub bardziej trudny wybór. Zbierając zestawy kart stale musimy z czegoś zrezygnować, by dostać coś innego.

Na grzyby oferuje naprawdę wiele gry za nieduże pieniądze. Zupełnie się tego po niej nie spodziewałem, ale zdecydowanie jest to gra, w którą chciałbym więcej pograć.

Zamki Burgundii

/Bartek

zamkiCo to za Topy, kiedy nie ma w nich jednej z naszych ukochanych gier? :) Zamki Burgundii to od dawna tytuł, do którego zawsze chętnie wracamy i który nigdy nie zniknie z naszej kolekcji. Nic więc dziwnego, że kiedy przyszła pora wybrać kilka gier, które na wypadek deszczu pomogą nam zabić czas w podróży poślubnej Zamki były oczywistym wyborem. Tym bardziej, że tydzień wcześniej wydrukowałem dodatkowe plansze, które koniecznie musieliśmy wypróbować!

Rozgrywki nie zmieniają one jakoś dramatycznie, ale zawsze to miło móc stawiać swoje budowle w inny niż zwykle sposób. Wymaga to nieco innego podejścia i wprowadza lekki powiew świeżości.

Nie wiem czy to zwykły fart, czy może już doświadczenie wyniesione z wielu poprzednich gier, ale zagraliśmy dwa razy i kiedy zobaczyłem wylosowane przez nas plansze od razu powiedziałem, kto wygra. I tak faktycznie było. Różnice między mną a żoną zawsze są raczej niewielkie, zwykle mieścimy się w granicy 200 (plus minus 15) punktów i tak też było w obu przypadkach. Najpierw mi się udało nieznacznie wygrać, potem małżonka nieco znaczniej wygrała ze mną. Udało jej się pozamykać wszystkie rodzaje budynków, które chciała, przy okazji totalnie olewając stateczki, dzięki czemu w zasadzie od pierwszej tury byłem cały czas pierwszym graczem. Nic mi to nie dało, a statków i tak nie skończyłem żeby dostać premię. Kilka dziwnych ruchów wykonałem, ale trudno. Będzie jeszcze wiele gier, w których będę miał szansę się odkuć. Bo Zamki Burgundii to fenomenalna gra!

Viticulture: Essential Edition

/Bartek
Ponownie ta gra o robieniu wina, ale nie mogło być inaczej. Nie dość, że podróż poślubną spędziliśmy z Madzią w „węgierskiej toskanii”, to od pierwszej rozgrywki jestem nią totalnie zauroczony, więc przy każdej okazji staram się wyciągnąć ją na stół.

Przed wyjazdem zagraliśmy po raz pierwszy w 3-osobowym składzie i była to ta sama, rewelacyjna rozgrywka. Dzięki ilości graczy otworzyło się nowe miejsce do stawiania robotników przy każdej z akcji. Do tego miejsce to jest bonusowe i pozwala albo wykonać dwie te same akcje, albo daje dodatkową lirę lub punkt. Tak czy inaczej stwarza to nowe, ciekawe możliwości: zagranie dwóch kart gości na raz latem, a potem podobny trick zimą potrafi mocno namieszać. Ostatecznie kilka dostaw win i pomocnych gości zapewniło mi wygraną.

Będąc już w podróży jeden deszczowy dzień pozwolił nam zagrać w kilka gier, a Viticulture było oczywiście jedną z nich. Tym razem postanowiłem przetestować nową taktykę i sprawdzić, czy dam radę wygrać nie dostarczając żadnych win. Pomóc mi w tym mógł spadek po tacie, który zostawił mi Cottage, dzięki któremu każdej jesieni mogłem dociągać nie jedną, a dwie karty gości. Jednak plan ten miał jedną wadę: w grze dwuosobowej nie ma pola bonusowego, więc zagrywanie po jednej karcie gości było nieco zbyt powolne. Do tego kilka złych decyzji sprawiło, że żona w ostatnim ruchu dostarczyła wino warte 6 punktów i osiągnęła 20 punktów, kiedy ja wciąż byłem na 18 i nie miałem już żadnego robotnika w zanadrzu.

Było blisko i chyba jeszcze tę taktykę kiedyś zastosuję, chętnie w grze w więcej niż dwie osoby. Tym bardziej, że właśnie jedzie do mnie dodatek Moors Visitors, który wnosi prawie 50 nowych gości z akcjami zaprojektowanymi m.in. przez Uwe Rosenberga. Będzie się działo i czuję, że nie po raz ostatni w topie zagości Viticulture :)

Agricola: Chłopi i ich zwierzyniec

/Krzysiek

Mała Agricola, w której hodujemy cztery rodzaje zwierząt (owce, dziki, krowy i konie), lecz ani jednej sztuki nie zjadamy. Inaczej niż w pierwowzorze, dużej Agricoli, w której przerabiamy je na kotlety, steki i inne pieczenie, by wyżywić członków rodziny.

W tej grze nie karmimy nikogo, a zwierzęta nie zagrożone rozmnażają się w najlepsze tak, że na koniec partii czasem mamy ich nawet ze 30. Każde warte jest 1 punkt i najczęściej to one dostarczają większość zdobyczy punktowej. Jedna gra składa się z ośmiu rund, a w każdej obaj gracze ruszają się po 3 razy, wysyłając swoich ludzi na jedno z kilkunastu pól akcji. W sobotnie popołudnie, w ciągu jakichś 45 minut, udało mi się zagrać dwa razy.

Pierwsza partia, w której postawiłem na niezwykle prostą strategię pod hasłem: Owce – jak najwięcej owiec, przyniosła mi wygraną 50 do 48 (z samych owiec miałem ponad 20 punktów). Żona zażądała rewanżu, w którym stworzyła gigantyczne gospodarstwo pełne krów i dzików, podczas gdy ja chciałem spróbować czegoś innego i tym razem natłukłem mnóstwo punktów za budynki specjalne (15). Jednak wynik końcowy był dokładnie odwrotny niż kwadrans wcześniej czyli 50 do 48 dla małżonki.

Radości i śmiechu nie było końca – jak napisano by w czasopiśmie Chwila dla Ciebie. ;)

A wam w co ciekawego udało się zagrać w mijającym tygodniu?