Gram na Planszy

Zombiaki Ameryki – recenzja

Opublikowany:
Przez: Bartek Cieślak

Kolejna gra planszowa o zombiakach? Nawet Martin Wallace dał się ponieść modzie i swoim fanom zaproponował tytuł, w którym ludzkość boryka się z problemami zombie apokalipsy. I co prawda założenia są te same, co zwykle, to jednak Zombiaki Ameryki nie są typową grą o mózgożercach. Co jest w nich osobliwego? Zapraszamy do recenzji gry, za której polską wersję odpowiada wydawnictwo Rebel.

Zombiaki Ameryki to przede wszystkim decyzje. Jeśli podejmiecie dobre, macie szansę przeżyć. Jeśli do tego będzie wam sprzyjało nieco szczęścia, macie szansę wygrać. Zasady są bardzo proste, ale bez odpowiednich decyzji nie macie na co liczyć. No, chyba że inni będą podejmować jeszcze gorsze. Lub będą mieli wyjątkowego pecha.

Którą drogę wybrać?

Ile surowców możemy na nią przeznaczyć?

Uciekać przed zombiakami, czy stawić im czoło?

Wystrzelać je z oddali za cenną amunicję, czy liczyć na sukces w walce wręcz?

Ostatnia opcja wiąże się z dużym ryzykiem, ponieważ walka odbywa się za pomocą kostek, ale każda decyzja ma fundamentalne znaczenie dla powodzenia naszej misji. Jaka ona właściwie jest? Przeżyć. Przeżyć podróż przez sam środek apokalipsy z Chicago do Los Angeles. Jeśli uda się to więcej, niż jednemu graczowi, wygra ten, kto po drodze zdobył więcej punktów.

Rozgrywka

Każdy z graczy zaczyna podróż z pionkiem swoim oraz czterech ocalałych, których prowadzimy za sobą, a także pewną ilością surowców na początek: amunicją, paliwem i adrenaliną. W fazie planowania na stół wykładane są trzy lub cztery trasy (w zależności od liczby graczy) składające się z dwóch lokacji każda. Następnie w fazie licytacji każdy po kolei oferuje ilość dowolnych surowców, jakie jest w stanie zapłacić, żeby mieć pierwszeństwo w wyborze trasy. Jest to o tyle ważne, że każda lokacja daje nam jakieś konkretne zasoby lub nawet punkty, ale też niesie ze sobą pewne niebezpieczeństwa. Talia przygód, z której dobieramy karty, dzieli się na trzy poziomy – o ile na początku raczej gromadzimy zapasy, o tyle później to już głównie brutalna walka: z zombiakami i ciągłymi brakami. Możemy trafić na kilka zombie, na hordę zombie, możemy być zmuszeni podjąć jakąś decyzję lub rzucić kością z nadzieją, że nie trafi nam się nic złego. Dlatego też wybór trasy jest dosyć istotny, chociaż jeszcze ważniejsze jest to, ile za pierwszeństwo zapłacimy. Jak zwykle w licytacjach liczy się nieco sprytu i doświadczenia, kiedy warto płacić, a kiedy lepiej zachować surowce.

Kiedy już ustalimy, która grupa którędy jedzie, pora rozpatrzyć przygody. Najpierw dostajemy zasoby z lokacji, następnie rozpatrujemy wydarzenie, jeśli takie ma w niej miejsce, a potem przechodzimy do walki z zombiakami. Karta zawsze wskazuje, z iloma nieumarłymi będziemy musieli się zmierzyć, a naszym zadaniem będzie jak najbardziej efektywna ich eliminacja. Najpierw możemy oddać w ich stronę kilka strzałów, niekoniecznie ostrzegawczych. Za każdy wydany żeton amunicji możemy rzucić dwoma kostkami – każdy symbol z celowniczkiem oznacza trafienie i śmierć jednego zombiaka. Potem dochodzi do walki wręcz. Bierzemy tyle kostek, ilu mamy ludzi w swojej ekipie i rzucamy wszystkimi na raz. Możemy trafić i zabić, nie trafić i zacząć się martwić, potencjalnie trafić, czyli wydać żeton adrenaliny, żeby zabić jednego zombie, a także wejść w tryb Rambo i jedną kostką wyeliminować dwóch mózgożerców, o ile wydamy wspomniany żeton adrenaliny. Możemy zostać również ugryzieni: wtedy adrenalina chroni jednego z naszych ludzi przed śmiercią. Jeśli po rozpatrzeniu wszystkich kotek wciąż żyje choćby jeden zombie, musimy jeszcze raz rzucić wszystkimi kostkami. I tak aż po ich – lub nasz – kres.

Przetrwają najsilniejsi

Jak więc widzicie, jeśli kości was nie kochają, to istnieje szansa, że nawet jeden szczególnie uparty zombiak wybije całą waszą drużynę. Na początku raczej nie ma takiej możliwości, ale gdy zabraknie żetonów adrenaliny, wszystko może się zdarzyć. W ten sposób dochodzimy również do największej wady gry, a więc eliminacji graczy. Jest to chyba największy grzech, jaki można w grze planszowej znaleźć, i aż dziwne, że Martin Wallace zdecydował się na taki ruch. Kiedy wszystkie pionki ludzi jednego z graczy zostaną zjedzone przez wyciągające łapy zombiaki, odpada on z gry. „Pozostaje mu już tylko skoczyć po kawę dla wszystkich” – to cytat z instrukcji, który miał być zapewne dowcipny, ale niestety nie do końca wyszło. Co prawda sama rozgrywka nie jest szczególnie długa, ale eliminacja graczy to tak kiepska rzecz, że nic nie jest jej usprawiedliwieniem.

W ten sposób licytując się o kolejne trasy, im bliżej będąc celu tym mniej zasobów zbierając i coraz więcej zombiaków spotykając, docieramy (lub nie) do Los Angeles. Jeśli w grze pozostał tylko jeden gracz, automatycznie on zostaje zwycięzcą. Jeśli jednak przynajmniej dwóch pokonało ostatnią ścieżkę, następuje podliczenie punktów za karty przygód, jakie zebrali po drodze, oraz bonusowe, przyznawane temu graczowi, który ma najwięcej żetonów poszczególnych zasobów oraz najwięcej pionków ocalałych.

Jaka ta podróż?

Zombiaki Ameryki to bardzo fajny pomysł i znakomite wykonanie. Potencjał gry moim zdaniem został jednak nieco zmarnowany. Nieco za mało nam oferuje i spłyca rozgrywkę, która mogła być naprawdę wciągająca, wymagająca i dająca adrenalinowego kopa. Przydałoby się jednak więcej zależności, wydarzeń, bardziej strategicznych wyborów. Nie wiem, czy w takiej formie byłaby lepsza, ale w tej, która znajduje się w pudełku, czegoś mi jednak zabrakło. Gra się przyjemnie, a proste zasady pozwalają wyjąć Zombiaki na spotkaniu z dowolną grupą osób (chociaż mechanika licytacji promuje bardziej doświadczonych graczy), jednak pozostaje pewien niedosyt. Może jakiś dodatek, choćby fanowski, zmieniłby postać rzeczy? ;)

Niedosytu na pewno nie pozostawia jednak wykonanie gry. Pomysł, którym kierowali się twórcy, był taki, że pudełko i jego zawartość zostały zrobione przez dzieciaka, który odbył tę podróż z Chicago do LA, a gra jest niejako jej pamiętnikiem. No i zrobiona została z tego, co udało mu się znaleźć po drodze. Tak więc żetony to „kapsle”, znaczniki graczy to wizytówki czy dokumenty, a karty… Karty są najlepsze. Każda jest zdjęciem z podróży, na którą przyklejono lub dopisano wszelkie reguły. Na rewersie znajdziemy m.in. Dixita czy 7 cudów świata, które posłużyły za podstawę, na którą „naklejono” zdjęcie i zrobiono z niego kartę bonusową. Tylko pionki i kostki nie trzymają tego klimatu i są zrobione standardowo, a nie z „odpadów”. Znakomicie wykonana została też instrukcja. Dobrze tłumaczy zasady, a obcowanie z nią to czysta przyjemność.

Podsumowanie

Zombiaki Ameryki to nie hit, ale do kitu też im daleko. Gra jest lekka i przyjemna, chociaż jeśli wczuć się w klimat, w czym wykonanie stara się bardzo pomóc, to opowiada o dosyć przejmujących wydarzeniach. Rozgrywka przebiega szybko, a zabijanie zombiaków zawsze przynosi frajdę i emocje. Licytacja z jednej strony promuje doświadczonych graczy, ale z drugiej obecność kostek może zupełnie zmienić losy gry. Z tego też powodu nie jest to gra specjalnie strategiczna czy taktyczna, a raczej zabawa w gronie familijnym lub bardziej początkującym planszówkowo. Lub dla rozerwania się między cięższymi tytułami. Podejmując odpowiednie decyzje na pewno można pomóc szczęściu, ale całkowicie wyeliminować z równania raczej się go nie da. Świetne wykonanie, fajny pomysł, prosta i szybka rozgrywka – jeśli szukacie lekkiego tytułu z zombiakami w roli głównej, to z czystym sumieniem mogę wam Zombiaki Ameryki polecić. Nam się spodobało i w kolekcji gra na pewno zostanie.

Podstawowe informacje:

  • Autor: Martin Wallace
  • Wydawnictwo: Rebel
  • Wiek: 12+
  • Liczba graczy: 1-4
  • Czas gry: ok. 30-60 minut
  • Cena: ok. 115 zł

Plusy

  • proste zasady
  • rewelacyjne wykonanie
  • narastający stopień trudności
  • różne smaczki poukrywane na kartach
  • wciąga klimatem

Minusy

  • spora losowość
  • eliminacja graczy
'