Gram na Planszy

Pierwszy raz z… Great Western Trail. Znowu chcę być kowbojem!

Opublikowany:
Przez: Bartek Cieślak

Pamiętam, że mój śp. tata najbardziej lubił westerny, które oglądał na przemian z Animal Planet. Wtedy jeszcze nie doceniałem, jak fajne są te programy o zwierzaczkach, ale faceci w kapeluszach z pistoletami w ręku przemówili do mojej wyobraźni zdecydowanie szybciej. Uwielbiałem klimaty Dzikiego Zachodu i miłość ta gdzieś we mnie pozostała, chociaż potem wolałem być piłkarzem, a kowboje zastąpieni zostali superbohaterami. Czekałem jednak na grę planszową, która ponownie obudzi we mnie duszę kowboja. Nie zrobił tego Colt Express, Bang! czy Tiny Epic Western, ale nadzieje wiązałem z Great Western Trail. I tym razem był to strzał – z kolta – w dziesiątkę!

Okładka moim zdaniem to mocne… 3/10. Nie porwała mnie, ale multum komponentów, które znajdziemy w pudełku, jest już o wiele ciekawsze. Nie ma tu fajerwerków graficznych, ale wszystko jest ładne i przyjemne dla oka, ale przede wszystkim czytelne. A to ma znaczenie, bo możliwości mamy od groma i zastanawianie się nad każdą ikoną byłoby bardzo męczące.

Próg wejścia jest wysoki, nie ma co ukrywać. Po przeczytaniu instrukcji i obejrzeniu gameplaya w internecie… udałem się do kolegi Krzyśka, który już grał i mógł służyć nam jako stale dostępna instrukcja, której nie trzeba wertować. Dzięki Krzysiek, dzięki tobie w końcu zagraliśmy w tę doskonałą grę!

Zasad jest całkiem sporo, podobnie jak zmiennych w grze i możliwości, które gracze mają, ale wszystko to w czasie gry staje się nadzwyczaj łatwe i intuicyjne. Po pół godziny zastanawiałem się w ogóle, w czym mogłem mieć problem, skoro już po pierwszej turze wiedziałem w sumie wszystko i pozostało mi się skupić tylko na zgromadzeniu jak największej ilości punktów. A te zdobywamy prawie za wszystko!

Tura gracza jest bardzo prosta: przesuwamy pionek swojego kowboja o maksymalnie 3-4 pola (w zależności od liczby graczy) do przodu i gdy zatrzymamy się na swoim lub neutralnym budynku, wykonujemy akcje przypisane do niego. Może to być kupno kart (bydła), odrzucenie karty w zamian za pieniądze, budowa kolejnego budynku na mapie, usunięcie zagrożenia i sporo innych rzeczy. Piękne jest to, że mamy siedem budynków neutralnych, które losowo rozkładamy na mapie, więc już dzięki temu każda rozgrywka będzie nieco inna. Każdy z graczy ma też do dyspozycji dziesięć budynków, które też możemy dowolnie budować na przeznaczonych do tego miejscach. Nie dość, że tworzymy tym samym nowe miejsca akcji dla siebie, to jeszcze możemy przeszkadzać w ten sposób rywalom, wydłużając drogę lub każąc płacić za przejście. Regrywalność dzięki temu na pewno będzie wysoka, ale zabawa również jest przednia!

Bardzo fajnie sprawdza się też bydło-building, czyli zarządzanie kartami krów, które są głównymi bohaterami Great Western Trail. Nie napadamy tu na dyliżanse czy pociągi, nie pojedynkujemy się w samo południe (może w jakimś dodatku?), ale przede wszystkim hodujemy bydło, które transportujemy do Kansas City – kilkukrotnie podczas jednej gry. Podstawowe krowy pozwalają nam trochę zarobić, ale tylko wzbogacenie stada o wyjątkowe okazy da nam punkty i pieniądze, a także pozwoli nam dojechać do odległych miast. W swojej drodze przez planszę, której ostatnim punktem jest właśnie Kansas City, gdzie sprzedajemy zebrane bydło, musimy tak manipulować ręką, żeby na koniec zostało nam jak najwięcej różnych rodzajów krów o jak największej wartości. Początkowo idealny zestaw pozwoli nam sprzedać bydło o wartości 7 (1+2+2+2), ale w trakcie gry możemy zwiększyć pojemność ręki z 4 do nawet 6, a także zaopatrzyć się w krowy o wartościach 3, 4 i 5. A wszystko to doprawić certyfikatami jakości – moje najbardziej wartościowe stado miało 21 „punktów”.

Tak, pociągiem też jeździmy, możemy zawiadywać stacją, za co dostajemy kolejne bonusy i punkty, a także nieraz tracimy sporą część zarobionych pieniędzy na bydle, bo pojechaliśmy za daleko, a nasza lokomotywa została w tyle. Może teraz nic nie rozumiecie, ale podczas gry stanie się to jasne ;) Dołóżmy do tego różne dostępne dla każdego gracza akcje, które podczas gry sami sobie odblokowujemy (właśnie dzięki pociągom), zatrudnianie trzech rodzajów specjalistów, z których każdy daje wymierne korzyści i zwiększa nasze możliwości, różne trasy poruszania się na mapie, cele do zrealizowania… Jeżeli brzmi to, jak cała masa decyzji do podjęcia, to dlatego, że tak właśnie jest. Ale to właśnie piękno tej gry, bo jak już wspominałem, wszystkie te małe zasady są logiczne i bardzo łatwe do szybkiego przyswojenia – a potem zostaje tylko zabawa i optymalizacja ruchów na najwyższym poziomie, ze szczyptą losowości, która może wkurzać, ale nad którą można panować i do której fajnie jest się dostosowywać.

Jak powiedział Krzysiek razem z żoną Beatą, „to jedna z nielicznych gier, w które świetnie się bawimy, nawet przegrywając„. I faktycznie, uśmiech nie schodził im z twarzy, chociaż to ja z Magdą zajęliśmy pierwsze dwa miejsca :) Dwa dni później zagraliśmy we dwójkę i chociaż przegrałem, to bawiłem się wyśmienicie. Nie żebym sprzedawał gry, w które przegrywam (chociaż żona ostatnio coś o tym wspominała…), ale są gry, w które już siadając nastawiam się na zabawę, a zwycięstwo jest nieistotne. W Great Western Trail co prawda bardzo chcę wygrać, ale samo dążenie do tego celu sprawia, że już czuję się wygranym. Znakomita gra, którą polecam każdemu! Na pewno usiądziemy do niej jeszcze wielokrotnie – tym bardziej, że już teraz mam kilka pomysłów na różne taktyki, które chciałbym wypróbować!

Rzadko kiedy jakaś gra robi na nas tak dobre wrażenie już od pierwszej partii! Mamy tylko nadzieję, że kolejne gry nie zmienią naszego zdania o tym tytule.