Gram na Planszy

5 najtrudniejszych gier planszowych dla jednego gracza

Opublikowany:
Przez: Bartek Cieślak

Na blogu pojawiać się będzie teraz o wiele więcej treści skierowanych do samotnego gracza. To pierwszy krok w tym kierunku. W 2017 roku za mało grałem solo, żeby robić podsumowanie, ale bazując na swoich doświadczeniach to była pierwsza „topka”, o której pomyślałem. Ku przestrodze, ale też dla zachęty. Bo w końcu w dobrej grze solo częściej się przegrywa, niż wygrywa.

Karciane podziemia

Karciane podziemia to znakomity pomysł na grę: dostajemy karty wrogów i pułapek, które stają na naszej drodze w coraz głębsze odmęty tajemniczych lochów, na końcu których czeka ON – wielki boss we własnej osobie, którego musimy zgładzić, jeżeli chcemy zachować życie.. i wszystko, co zdobyliśmy ubijając jego i jego popleczników. No i chwalę, nie zapominajmy o chwale!

A chwała temu, kto tego dokona, bo gra jest naprawdę ciężka. Grałem w kilkaset różnych gier planszowych w swoim życiu i chociaż nie uprawnia mnie to do tego, by w każdą grę wygrywać itd., to jednak nie uważam się za laika i wydaje mi się, że głupi nie jestem, a doświadczenie z innych tytułów często procentuje w nowych grach. Karciane podziemia, jak zresztą inne gry na tej liście, skutecznie mi jednak udowadniają, że – przynajmniej w ich przypadku – do bycia choćby w miarę dobrym sporo mi jeszcze brakuje.

Fakt, gra jest pełna kostek i kart, co losowość winduje dosyć wysoko i szczęście – a raczej jego brak – nieraz krzyżowało mi w niej plany… ale są ludzie, którzy przechodzą kolejne lochy, a ja wciąż tkwię na pierwszym, podobno najłatwiejszym. Kilka razy doszedłem do bossa, ale okazał się ponad moje siły. Raz zginąłem po pięciu minutach gry, a więc szybciej, niż ją rozłożyłem. To naprawdę fajny tytuł, ale z coraz mniejszym zapałem do niego siadam, bo wiem jaki będzie koniec. Chociaż jak w końcu wygram, to motywacji starczy mi na kolejne kilkanaście prób ubicia kolejnego bossa.

karciane podziemia

Piętaszek

Uwielbiam deck buildingi, a Piętaszek mimo niewielkich rozmiarów jest naprawdę wielką grą. Świetny pomysł i wykonanie, fajny element starzenia się uwzględniony w mechanice, zarządzanie ręką, zarządzanie ryzykiem… To rewelacyjna gra solo, która przy okazji świetnie oddaje klimat samotnego życia na bezludnej wyspie. A przynajmniej wrogiej wyspie, bo jacyś niezbyt sympatyczni tubylcy też na niej są. Skąd wiem, że klimat jest dobrze oddany? Bo sam na takiej wyspie szybko bym zginął i dokładnie to samo robię w grze…

Sytuacja podobna jest do Karcianych podziemi: zdarzyło mi się dojść do końcowego bossa, którym w tej grze jest piracki statek, ale nie byłem specjalnie blisko wygranej. Tu niestety losowość jest znacznie mniejsza – wciąż występuje, ale już tak łatwo porażki zrzucić się na nią nie da, co oznacza, że raczej nie powinienem wchodzić na statek lub do samolotu. Po co kusić los…

piętaszek

Ghost Stories

W swojej recenzji sprzed ponad trzech lat skupiłem się nie na samej grze, a głównie na jej poziomie trudności, więc zamiast się powtarzać mogę odesłać do tego tekstu – KLIK! Powiem tylko, że od tamtej pory próbowałem jeszcze ze trzy razy i nic się nie zmieniło. Od dawna wiem, że nie mam szczęścia do kostek, więc Ghost Stories i Karciane Podziemia to ewidentnie nie są gry dla mnie. Nie wiem tylko co z tym Piętaszkiem… :)

Niemniej gra jest znakomita i chociaż w pewnym momencie byłem przekonany, że coś źle zrozumiałem z instrukcji, bo wydawało mi się niemożliwe, żeby zawsze tak wyraźnie przegrywać, to szczerze mówiąc chętnie spróbowałbym znowu kilka razy. Bo naprawdę wciąga. Szkoda tylko, że jak bagno – dosłownie i w przenośni.

Ghost Stories

O mój zboże! – Rewolta w Longsdale

Półtora roku temu Krzysiek zrobił recenzję O mój zboże! (O TUTAJ), w której opisał przy okazji wariant solo polegający na biciu swoich rekordów punktowych. Od tamtej pory pojawił się jednak dodatek zatytułowany Rewolta w Longsdale, który wprowadza do tej małej karcianki tryb fabularny, w który można również grać w pojedynkę.

„Znakomicie!” pomyślałem i pobiegłem do sklepu, zaopatrując się we własną kopię. Szybka lektura krótkiej instrukcji i do dzieła.

Szybka porażka i powrót do instrukcji. „Coś tu chyba jest nie tak…”

Kolejne trzy partie, w której z dwóch wymagań do zwycięstwa (są trzy, ale jeden wyjątkowo prosty) udawało się zrobić jedno. No dobra, raz się udało jedno, dwa razy żadnego… Ok, sięgamy do BGG, bo przecież coś jest nie tak. I faktycznie, źle zinterpretowałem zasady. W rzeczywistości jest jeszcze trudniej!

W ciągu określonej z góry liczbie rund trzeba zgromadzić ilość pożywienia o konkretnej wartości monet i dopiero gdy uda nam się je zebrać, to musimy je odrzucić i już bez nich (40 monet to 8 punktów, które wywalamy) podliczyć zdobyte w grze punkty. Jeżeli będzie ich 32, wygrywamy. Co prawda w każdej turze jest wydarzenie o dziwo dające nam coś dobrego, a nie wgniatające w ziemię, ale i tak jest naprawdę ciężko.

Po kolejnych trzech próbach udało się przejśc scenariusz! Co do punktu i monetki! Nie było łatwo, ale satysfakcja nieziemska. Był to jednak pierwszy z pięciu, a od tamtej pory do drugiego jeszcze nie podszedłem. Podobno jest trudniejszy, więc może lepiej odejść w glorii chwały?

o mój zboże

Robinson Crusoe

To, że pobyt na wyspie – bezludnej, przeklętej, pirackiej, ogólnie nieprzyjemnej – nie może być prosty udowadnia kolejna gra. Robinson był jedną z moich pierwszych prawdziwych gier planszowych i mam do niego nie lada sentyment, ale nigdy do łatwych gier nie należał. Daleko mi co prawda do tego, by wynosić jego poziom trudności pod niebiosa, bo w moim odczuciu każda z wyżej wymienionych gier jest o wiele trudniejsza, ale swoje w nim przegrałem.

Już początek jest bardzo trudny, czyli instrukcja. Wydaje mi się, że dużo ludzi narzekających na poziom trudności robi to ze względu na źle zrozumiane zasady, w których ciężko się połapać.

Niemniej sama gra też potrafi dać w kość. Wydarzenia są złe, karty przygód zwykle też, a kostki pogody potrafią ze słonecznego dnia zrobić takie gradobicie, że z nieba lecą zlodowaciałe Wilsony. Do tego dochodzi ograniczona ilość rund, na zakończenie scenariusza i problemy z żywieniem, które od czasów Agricoli prześladują wielu graczy. Sam system jest jednak świetny, wygrać z pewnością się da, a gra w wersji „edycja roku” kosztuje już bardzo przyzwoite pieniądze, więc może warto zaopatrzyć się przed kolejnym dodatkiem, który ma się ponoć pojawić.

A wam w które solo gry idzie najgorzej?

Więcej o grach solo znajdziecie też na nowym fanpage’u: SOLO MEEPLE.