Gram na Planszy

Pandemic Legacy: Season 1 – warto grać solo?

Opublikowany:
Przez: Bartek Cieślak

Nigdy nie byłem fanem Pandemica i w ogóle gier kooperacyjnych. Koncept „legacy” też nie wydawał mi się zbytnio pociągający. W końcu jednak postanowiłem dać Pandemicowi Legacy szansę i okazało się, że był to strzał w dziesiątkę, a moje planszówkowa przygoda przeszła ewolucję. Ale po kolei…

Z grami kooperacyjnymi poradziłem sobie najszybciej. Okazało się, że zawsze pojawia się syndrom gracza alpha, którym jestem ja, więc zacząłem w nie grać tylko solo. Ostatnio 80% moich gier odbywa się w pojedynkę i muszę przyznać, że bardzo to polubiłem – planszówki miały być formą wyjścia do ludzi, ale brakowało mi czasu i współgraczy, by odpowiednio „dbać” o moją kolekcję, więc teraz mogę to robić sam i ilość czasu spędzonego przy stole nareszcie spełnia moje oczekiwania.

Legacy pojawiło się w moim życiu rok temu, gdy z Kickstartera przyszedł Gloomhaven. Grałem w niego jeszcze zanim było to modne :) Ale niestety po kilku scenariuszach życie tak się potoczyło, że ponownie zacznę lada dzień – obiecałem sobie, że najpierw skończę Pandemica Legacy, co właśnie dzisiaj się stało. Temat legacy w Gloomhaven tylko liznąłem, ale już nieco bardziej ciepłymi uczuciami zapałałem do tego formatu.

Pandemic Legacy od początku gdzieś mi krążył po głowie, ale wiedziałem, że nie zbiorę do tego stałej ekipy i byłem pewien, że moja żona nie będzie chciała ze mną w niego grać. A ja w sumie też wolałem sam. W końcu znalazłem kilka przychylnych głosów, więc zaryzykowałem. Gra w Polsce chodziła już po cenach 300+, ale za stówkę taniej udało się sprowadzić wersję anglojęzyczną. Otworzyłem pudełko i na początku grudnia zacząłem od stycznia. W styczniu skończyłem grudzień – wszystko solo – i chciałbym się z wami podzielić kilkoma spostrzeżeniami na temat tej gry.

Po pierwsze… skalowalność

Jeżeli tak jak ja boicie się, że nie będziecie mieli z kim grać, a Pandemic Legacy nie nadaje się do przejścia samemu, to moim zdaniem możecie ten strach wyrzucić do kosza. Jeżeli kooperacja kojarzy wam się z rozmowami i faktyczną współpracą wszystkich zaangażowanych w podejmowanie jak najlepszych decyzji, to solo może wam to nie podejść z oczywistych względów. Zakładam jednak, że skoro to czytacie, to akurat takich lęków nie macie.

Ja postanowiłem zagrać na trzy postacie, ponieważ cztery dla jednej osoby to już naprawdę dużo do ogarniania, a dwie to podobno zbyt prosta sprawa. Czasem miałem problem i poruszałem nie tymi pionkami lub zapominałem o niektórych zasadach, ale to były jedyne problemy, z jakimi spotkałem się grając solo. Będąc jedynym graczem można poczuć się jak szef ekipy, która ma wyeliminować wszystkie choróbska z naszego świata, zagłębić się w tę historię, przeżyć przygodę i brać na klatę wszystkie niepowodzenia, a także odczuwać nie lada satysfakcję, że samemu odniosło się sukces.

Dla mnie gra w Pandemica była jak odgrywaniem głównej roli w filmie – fajna historia, zwroty akcji, tajemnice do odkrycia, nie lada napięcie i wyścig z czasem. Gra bardzo pozytywnie mnie zaskoczyła, odkrywanie jej było świetną zabawą, a chociaż nie grałem z nikim innym, to nie miałem wrażenia, że coś tracę. Nawet przeciwnie: gdyby ktoś chciał w połowie przygody przejąć jakąś moją postać, to zabrałbym swoje zabawki i zamknął się w pokoju – to była moja przygoda i teraz, gdy ją skończyłem, zawsze moja pozostanie. Tylko moja.

pandemic legacy

Po drugie… legacy

A więc wydałem dwie stówy, żeby zagrać w grę 12-24 razy w zależności od moich umiejętności (okazały się słabe, 19 razy), a następnie odłożyć ją na półkę, gdzie powoli odchodzić będzie w wieczne zapomnienie. Dylemat, z którym wiele osób walczy i nie może się zdecydować, którą stronę zabrać: no bo brać, czy nie brać?

Też to przechodziłem. Gloomhaven to inna para kaloszy, bo żeby skończyć tę grę, trzeba być już na emeryturze lub właśnie do niej się dobije, zanim przejdzie się wszystkie scenariusze. Chyba, że to jedyna gra, w jaką się gra, ale ja tak nie potrafię. Charterstone to z kolei legacy dbające o portfel: po ukończonej kampanii (z żoną mamy już 7 z 12 gier za sobą, świetna gra!) pozostaje zapełniona plansza, na której można grać jak w każdy inny worker placement. Legacy znika, ale gra zostaje.

Pandemic Legacy to jednak inna para kaloszy. Jednak 1. miejsce na BGG (wtedy pierwsze), drugi sezon itd, sprawiły, że musiałem spróbować. Po prostu musiałem dowiedzieć się o co tyle hałasu. Teraz mogę powiedzieć tyle: średnio godzina gry kosztowała mnie ok. 11 zł. To nie tylko mniej niż kino, mecz czy koncert, ale też mniej niż wiele moich planszówek. Bo prawda jest taka, że mając ok. 150 gier nawet grając codziennie w jedną z nich w ciągu roku tylko część będzie miała 3 rozgrywki za sobą. I to biorąc pod uwagę, że będę grał tylko te z mojej kolekcji, która się przez rok nie powiększy. Dlatego nie raz zdarza się, że mam grę za 100-200 zł, w którą zagrałem trzy razy w ciągu pierwszego miesiąca-dwóch od kupna, a następnie zainteresowałem się innymi tytułami. Póki nie zagram w nią ponownie lub nie sprzedam, godzina gry w nie kosztuje mnie czasem 50 zł i więcej.

Nie będę wspominał już o grach typu LCG czy CCG (czy cokolwiek od FFG), do których podstawki powinni rozdawać za darmo – pierwsza działka gratis, a potem szukasz co by tu sprzedać, żeby stać cię było na kolejne.

Uwielbiam Five Tribes – to mój ścisły top. Mam do niego dwa duże dodatki i jeden mały. W 2017 roku graliśmy w niego dwa razy… W Pandemica rozegrałem 19 partii w półtora miesiąca. Jak nigdy w nic. Nawet imprezówki, które trwają po 15 minut i w które gra się kilka razy z rzędu, jak choćby Tajniacy, nie lądowali tyle na stole w tak krótkim czasie. Ta gra wciąga i zmusza do gry, bo chcesz dowiedzieć się, co będzie dalej, chcesz zatrzymać te choroby, chcesz się odegrać, chcesz coś naprawić. Chcesz grać! Już samo to warte jest dla mnie tych pieniędzy.

To niezwykłe doświadczenie, które cieszę się, że przeżyłem. I to sam! Mogę przyczepić się do wykonania (niska jakość niektórych elementów, jedna karta z nieprzyciętymi naklejkami, krzywo wycięte naklejki…), do nieco spowolnionego tempa pod koniec, do ostatniej partii, która zamiast epickim zakończeniem była w moim przypadku drogą przez mękę, bo od początku wiedziałem, że nie mam większej szansy na wygranie scenariusza, ale musiałem go i tak dograć do końca. Ale żadna gra nie tworzy historii. Kocham np. Zamki Burgundii, ale o ile jest to genialna gra, to jest to „tylko” gra. Pandemic jest tak samo grą, co również doświadczeniem, przygodą. Jeżeli tego szukacie, to musicie spróbować gry legacy. Niekoniecznie tej, ale ta będzie dobrym wyborem.

pandemic legacy

Po trzecie… nie mogę nic więcej powiedzieć

Chciałbym wrzucić fajne zdjęcia lub opisać różne sytuacje, ale zepsułbym tym zabawę każdemu, kto jeszcze nie grał. Słowem podsumowania wypunktuję więc najważniejsze rzeczy:

  • Pandemic Legacy solo działa i nie musicie się bać, że coś tracicie. Bo dla mnie kłótnie o to, co będzie lepsze, to żadna strata. Gracie kiedy chcecie, ile chcecie, a cała sława zostaje dla was! Plus niczego takiego grając solo na pewno wcześniej nie przeżyliście.
  • Pandemic Legacy to nie jest wybitna gra. Nawet nie wiem, czy jest bardzo dobra. Ale to świetne doświadczenie, porównywalne z serialami/filmami/grami komputerowymi. To historia, w której samym centrum jesteśmy my. Ponieważ to wciąż rzadko spotykana rzecz na planszówkowym rynku, to w moim odczuciu wynagradza to wiele niedociągnięć samej gry.
  • Legacy warte jest każdych pieniędzy. Ok, może nie w sytuacji, gdy na forach i Facebooku ludzie sprzedają egzemplarze w cenie Opla, ale mnie Pandemic Legacy nawrócił. Pokochałem to odkrywanie gry z każdą kolejną rozgrywką, nowe pomysły na zaskoczenie gracza czy wzbogacenie rozgrywki. To mega wciągające i motywujące, że gra ewoluuje wraz z nami i dzięki nam. Wiem, że nie każdemu przypadnie to do gustu, ale najpierw spróbujcie, żeby potem nie żałować. Teraz, gdy słyszę „legacy”, nadstawiam ucha o wiele bardziej niż wcześniej.

 

Po więcej o grach solo zapraszam na nowy fanpage —> Solo Meeple

solo meeple fb